Akcja ratownicza - strefaczarnobyl

Idź do spisu treści

Menu główne:

Akcja ratownicza





Ok. 4 godziny nad ranem Moskwa dowiedziała się o katastrofie i wydała rozkaz podawania wody do reaktora. Oprócz tego zaczęto zmywać miasto polewaczką, wezwano także wojsko obrony przeciwchemicznej, natomiast do gaszenia reaktora wysłano strażaków.

Najważniejszym zadaniem było ograniczenie emisji substancji promieniotwórczych do atmosfery. Płonący reaktor, od 27 kwietnia do 5 maja był zasypywany zrzucanymi z helikopterów workami z mieszaniną piasku oraz substancji mających pochłaniać promieniowanie gamma i zahamować reakcję łańcuchową w pojemnikach z paliwem jądrowym (w momencie awarii w reaktorze było 231 ton paliwa). Do 30 kwietnia zrzucono ponad 1000 ton materiałów (niektóre źródła podają nawet 5000 t). Wykonano 1800 lotów przez 30 śmigłowców. Jeden pilot wykonywał nawet do 33 przelotów dziennie.
Piloci byli szczególnie narażeni na wpływ promieniowania, w trakcie lotów z workami piasku i ołowiu musieli wychylać się z kabin by trafić zrzutem dokladnie w określone miejsce. Przyjmowali w ten sposób wysokie dawki promieniowania. Oprócz lotów zabezpieczających wyrwę po wybuchu, uczestniczyli w akcji zraszania kompleksu elektrowni mieszanką, która tworzyła z pyłów przyklejającą się do ziemi skorupę, zbieraną następnie przez pracowników na ziemi i zakopywaną w głębokich dołach. Loty zraszające odbywały się kilka razy na dzień. Nie można także zapomnieć o przelotach dozymetrycznych (5 razy na dzień), gdzie ekipy dozymetrystów mierzyły poziom napromieniowania nad miejscem katastrofy. Jak wspomina fotograf Igor Kostin częsty uczestnik lotów nad elektrownią, bywało że piloci wymiotowali, a także mdleli podczas akcji.
Zrzucane materiały pod wpływem żaru z reaktora stapiały się razem, tworząc zwartą masę. Jak się później okazało ołów, zastosowany w gaszeniu reaktora, pod postacią par wyrządził ogromne szkody osobom gaszącym reaktor. Po pewnym czasie zaprzestano jednak tej operacji ze względu na ograniczenie wymiany powietrza i wzrost temperatury pozostałości rdzenia i paliwa, co w połączeniu z wodą zalewająca reaktor mogło spowodować kolejne eksplozje. Aby uniknąć tego niebezpieczeństwa przeprowadzono trudną operację odpompowania wody z kanałów reaktora oraz zbiornika pod nim (rozgrzane pręty paliwowe mogły przetopić betonową podstawę reaktora i opaść do zbiornika rozbryzgowego).
Ściągnięto zatem setki wozów strażackich i beczkowozów do wypompowania wody, lecz mimo tej akcji w zbiorniku wciąż pozostawało kilka hektolitrów wody. Trójka inżynierów zgłosiła się na ochotnika i dotarła do zbiornika, by otworzyć dwa zawory główne.

Powstała konieczność ochłodzenia reaktora. Zdecydowano aby wtłoczyć do zniszczonej hali azot, co miało umożliwić stłumienie pożaru. Do tego celu ściągnięto go nawet z odległych zakładów przemysłowych. Po otwarciu zaworów przystąpiono do instalowania pod reaktorem agregatów chłodzących. Ponieważ w trakcie prac temperatura reaktora spadła (głównie w wyniku zasypywania go ołowiem), postanowiono wybudować w tym miejscu "poduszkę betonową", aby w razie przepalenia się reaktora do wnętrza nie doszło do stopienia fundamentów i silnego skażenia terenu. Ponieważ grunt był miękki (Prypeć i Czarnobyl leżą w pobliżu mokradeł), użyto techniki stosowanej w podobnych sytuacjach do budowy metra – w ukośne odwierty wlewano ciekły azot (-196°C) i doprowadzono do zamrożenia gruntu. Koparki i inne maszyny przebijały się później przez twardą ziemię, aż powstał 150-metrowy tunel i założono poduszki. Niestety operacja nie przyniosła spodziewanych rezultatów.
Pożar trwał jeszcze przez 10 dni i zakończył się najprawdopodobniej samoistnie, po tym jak przepalił się ostatecznie beton stanowiący dolną część osłony biologicznej reaktora, gdzie temperatura dochodziła do 2000 stopni Celsjusza i stopione paliwo spłynęło do pomieszczenia znajdującego się pod nim. Do zbornika, w którym zaległy resztki reaktora nie ma możliwości dostępu i wydobycie promieniotwórczych pozostałości stało się niemożliwe.

W/g raportu Komitetu Naukowego ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego (UNSCEAR) uznaje się, że 134 pracowników elektrowni jądrowej i członków ekip ratowniczych było narażonych na działanie bardzo wysokich dawek promieniowania jonizującego, po których rozwinęła się ostra choroba popromienna. 28 z nich zmarło w wyniku napromieniowania, a 2 od poparzeń. Wielu ludzi biorących udział w akcji zabezpieczenia reaktora zginęło podczas towarzyszących akcji wypadków budowlanych. Całkowita liczba fiar budzi duże kontrowersje. Różne źródła podają różne dane.

Przy usuwaniu skutków awarii brały udział zdalnie sterowane zachodnioniemieckie, japońskie i radzieckie roboty, jednak spychając gruz do krateru na skutek wysokiego promieniowania ich elektroniczne elementy ulegały uszkodzeniu. W tym wypadku człowieka nie można było zastąpić techniką. Poza tym istotny był czas, a dostępne pod ręką środki kończyły się na ludzaich.

Siła ludzka to ok. 3.5 tys. żołnierzy w wieku 20-30 lat, w służbie czynnej oraz rezerwistów, a także chłopów z terenów ukraińskich i białoruskich. To oni wzieli na siebie największy ciężar ograniczenia skutków katastrofy. Spośród wielu wymaganych działań do nich należało zabezpeczenie okolic reaktora, oraz zgarnięcie radioaktywnego gruzu z dachu, co było wyjątkowo spektakularną, a przy tym niebezpieczną dla życia i zdrowia akcją. 'Bioroboty' jak z czasem ich nazwano, sami musieli zabezpieczać się ołowianymi pancerzami oraz różnego rodzaju osłonami, ktore wcześniej własnoręcznie wykonali. Ołowiane fartuchy własnej produkcji potrafiły ważyć nawet 35 kg. Robiono także wkładki do butów, ochronniki głowy czy genitaliów. Ołów pochodził m.in. z biur komisji rządowej, którym były wyłożone. Niestety, ubrania, które dzięki niemu robiono, mogły być użyte tylko raz, gdyż pochłaniały zbyt dużo promieniowania i ponowne użytkowanie mogło mieć o wiele gorsze skutki niż praca bez nich. Pracowali po 40 sek. w 8-osobowych grupach. Niektórzy wychodzili na dach nawet po 5 razy. Ich narzędziami były łopaty i nosiłki do wapna, ale jak wspomina Igor Kostin, niejednokrotnie widział jak gołymi rękami podnoszono bryły wysokoradioaktywnego grafitu...
Oczyszczanie strefy wokół reaktora trwało 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. Nagrodą za ich poświęcenie było po 100 rubli, papierowy dyplom i zaświadczenie o zwolnieniu z wojska. Wysiłek i poświęcenie biorobotów były ogromne. Wielu z tych ludzi nie miało żadnej wiedzy i żadnego pojęcia na temat promieniowania i jego skutków. Uświadamianie ich nie leżało w intencjach przełożonych.
Na niezwykle wysokie dawki promieniowania narażeni byli także dozymetryści. Ich zadaniem było ustalanie map poziomów promieniowania. Zapuszczali się oni w rejony gdzie nikt inny nie wchodził. Przede wszystkim pojawiali się na dachu trzeciego reaktora gdzie znajdowało się bardzo dużo wysokoradioaktywnego materiału wyrzuconego w czasie wybuchu. Mogli tam przebywać najwyżej przez 40 sekund. Dzięki ich pracy wiadomo było w jakim miejscu na jakie dawki promieniowania będą narażeni likwidatorzy z łopatami.
Każdy z nich posiadał książeczkę, w której musiał notować codzienny poziom napromieniowania. Maksymalnie można było otrzymać do 25 rentgenów, to była wartość progowa. Każdy kto taką zarejestrował zostawał natychmiast odesłany. Z różnych względów zaniżano wpisy...
Dzięki bohaterskiej pracy wszystkich tych ludzi, z dachu reaktora nr 3 usunięto 170 ton powybuchowych resztek reaktora nr 4.

Abu zabezpieczyć likwidatorów, otrzymywali oni z magazynów wojskowych środki stosowane w ochronie przeciwchemicznej czy bakteriologicznej. Nie chroniły one jednak przed promieniowaniem. Codziennie rano każdy dostawał także pastylkę jodu, przeciwko rakowi tarczycy. Każdego ranka badano też krew.
6 maja, wspólnym wysiłkiem biorobotów emisja materiałów promieniotwórczych do atmosfery została wstrzymana.

W ramach nadzoru działań przez cały okres trwania akcji na miejscu katastrofy pojawiali się dygnitarze partyjni, przedstawiciele władz i wojska oraz uczeni.
Należy zaznaczyć, że Związek Radziecki odrzucił pomoc międzynarodową przystępując do akcji ratowniczej tylko z tymi środkami jakimi dysponował.


***


Na wysokich szczeblach podjęto decyzję o przesiedleniach. 6 maja 1986 r. rozważano nawet wysiedlenie Kijowa, nie zdecydowano się jednak na to. 27 kwietnia, zaledwie 36 godzin po katastrofie, 45 tysięcy mieszkańców wybudowanego od podstaw w latach 70. "miasta atomistów", miejscowości oddalonej o 4 kilometry od Czarnobyla, ewakuowano ok. 1200 autobusami i 200 ciężarówkami.
Tuż po wybuchu mieszkańcy Prypeci z balkonów obserwowali pożar elektrowni. Nie spodziewali się jednak niczego złego. Oficjalne środki przekazu nie informowały o jakimkolwiek niebezpieczeństwie. Pierwszy dzień po awarii upłynął jak każdy inny. Nakazano jedynie nie otwierać okien aby nie przedostał się pył do mieszkań. To nie wzbudziło niepokoju. Następny dzień wyglądał już jednak zupełnie inaczej. Zapanowała atmosfera pośpiechu, wręcz paniki. Oznajmiono mieszkańcom, że w ciągu 2 godzin muszą opuścić miasto. W nocy zaczęto już podstawiać autokary, by w ciągu dnia akcja wysiedlenia mogla przebiec szybko i sprawnie. Pozwolono na zabranie tylko napotrzebniejszych rzeczy na dwa, trzy dni, rzede wszystkim jedzenie, rzeczy na zmianę i dokumenty. Miasteczko do dziś pozostaje niezamieszkane.

Do koordynacji akcji przyslanano milicjantów z Kijowa, w którym dzięki skrzętnemu ukrywaniu faktów przez władze nie miano pojęcia o skali zagrożenia. Nawet w dniu 1 maja nie dwolano pochodu z okazji Święta Pracy mimo iż poziom radioaktywności przekroczony był ok. 10-krotnie.

Dziś uważa się że wysiedlenie ludzi było decyzją przedwczesną, gdyż poziom skażenia miasta nie był tak wysoki jak sądzono, wiatr utrzymywał chmurę radioaktywnych cząstek z dala od miasta. Ewakuacja na czas pierwszych dni po wybuchu, kiedy niebezpieczeństwo było duże i trwała akcja ratownicza przy reaktorze miała podstawy lecz całkowite wysiedlenie jest tematem co najmniej spornym.
Władze nakazały ewakuować ludność z terenów skażonych cezem-137 na poziomie powyżej 37 kBq/m2. Takie skażenie generuje dawkę promieniowania 0.2 mSv/rok, czyli ponad dziesięciokrotnie mniejszą niż średnia dawka pochodząca od naturalnych źródeł promieniowania. Na dzień dzisiejszy maksymalna moc dawki rejestrowana w Prypeci jest mniejsza niż wartość tła naturalnego występujacego w wielu miejscach na świecie, np. w rejonach Iranu, Finlandii, Szwecji, Francji czy Hiszpanii.
Czasem przesiedleńcy w miejscu docelowym otrzymywali większe dawki promieniowania od radonu z podłoża, niż otrzymywaliby ze skażeń pozostawszy w domu. Z Prypeci wysiedlono ludzi do miejscowości Pleskoje, gdzie dawki na tarczycę od jodu-131 były 5 razy większe niż w opuszczanym miejscu.

W okresie do 5 maja musieli się wyprowadzić ludzie mieszkający w promieniu 30 kilometrów od reaktora.
W ciągu 10 dni pomiędzy 27 kwietnia a 7 maja 1986 roku, ewakuowano ponad 130 tysięcy osób z 76 wsi i osad. Terytorium oznaczono jako strefę zamkniętą. Aby do niej wjechać, potrzebne jest specjalne pozwolenie. Strefa jest zabezpieczana przez wojsko i wstęp do niej możliwy jest tylko za okazaniem przepustki. Pomimo oficjalnego zakazu, w rejonie Czarnobyla nadal mieszka co najmniej 800 osób, w większości starszych ludzi, którzy zdecydowali się na powrót do rodzinnych wiosek.

Zaraz po ewakuacji ludności z pobliskich wiosek, na szeroką skalę przeprowadzono akcje odkażania budynków, dróg i roślinności.
Tzw. czerwony las (rudy las) czyli sośnina, która została porażona tak silnie, że igliwie zrudziało i opadło, została wycięta i zasypana ziemią. Część silnie skażonej ziemi pokrywano piaskiem. Wsie równano z ziemią ciężkim sprzętm i jak resztę przykrywno ziemią. Buldożery wykopywały duży dół, by następnie zepchnąć do niego cały budynek i go zasypać. Przed zepchnięciem obficie zraszano płynem odkażającym, by zapobiec przenoszeniu pyłów. Tak zakończyło "życie" większość leżących w rejonie wiosek. Jednak co najmniej kilka spalono bez myśli o tym, że powoduje to dalszą migrację skażeń. Akcja grzebania wsi trwała przez kilka następnych lat, na terenach Ukrainy, Białorusi i Rosji.
Zwierzęta, które decyzją władz nie zostały ewakuowane, postanowiono zgładzić. Utworzono ekipy, ktore miały je wyłapywać i zabijać. Zakazano zabierania ze sobą zwierząt gdyż obawiano się, że radioaktywny pył w dużych ilościach może osiąść w sierści. Po kilku dniach martwe ciała zalegały ulice. Do ich zebrania i spalenia wyznaczono kolejne ekipy.
Straty w sprzęcie były ogromne. Dziesiątki skażonych podczas akcji ratunkowej śmigłowców i setki samochodów pozostawiono na polanach. Silnie skażony sprzęt dostawał się w ręce szabrowników. Wiele wozów w czasie akcji, zabezpieczanych było przez żołnierzy ołowianymi płytami, które szybko absorbowały ogromne dawki promieniowania stając się pułapkami dla niezabezpieczonych w żaden sposób ludźmi w środku. Mimo, iż przeprowadzano odkażanie sprzętu, efekt tych działań niejednokrotnie okazywał sie połowiczny.
Tworzono składowiska sprzętu, jednak większość z nich, były to płytkie doły, w ktorych gromadzono skażone wozy. Otwarte skladowiska były bombą ekologiczną, gdyż padajęcy deszcz spłukiwał z nich osiadłe pyły radioaktywne do gleby, gdzie przedostawaly sie do wód gruntowych. Na betonowe, bezpieczne składowiska nie było czasu ani środków.

W 1989 odbył się drugi etap przesiedleń ludności. Około 100 tysięcy ludzi musiało opuścić skażone tereny na Białorusi, Ukrainie i w Rosji.

Sarkofag

Ugaszenie pożaru umożliwiło budowę tzw. sarkofagu (po ukraińsku Ukryttia, Schron) otaczającego zniszczony czwarty blok ze wszystkich stron, także od spodu pod fundamentami. Ukończono go w listopadzie 1986 r.
Dziesięciopiętrowy sarkofag zbudowano z betonu i wielkich płyt metalowych. Grubość jego ścian przekracza 6 m, a trwałość całej tej konstrukcji oceniono na 30 lat. Wznoszono ją jednak w wielkim pośpiechu, w warunkach silnego promieniowania, co oznacza kiepską jakość wykonanych robót - już dzisiaj sarkofag pilnie wymaga naprawy. Do budowy ze względu na duży stopień promieniowania stosowano zdalnie sterowane dźwigary, które charakteryzowały się niewielką dokładnością. Stal skorodowała, popękało ponad 1000 m2 betonu. Do wnętrza może przenikać deszcz. W przypadku zawalenia się sarkofagu, gruzowisko stałoby się źródłem radioaktywnego pyłu. Budowla jest pomysłem pionierskim, nigdy wcześniej nie budowano ani nie projektowano takiego rodzaju konstrukcji. Na jego budowę zużyto 300 000 m sześciennych betonu 6 000 ton konstrukcji metalowych.
Nazwa sarkofag jest nieco myląca. Celem nie było całkowite odcięcie zniszconego bloku, istotne było aby mieć możliwość kontrolowania procesów zachodzących w środku, gdyż do momentu kwietniowej awarii nie zdarzyło się nic w przybliżeniu nawet podobnego. Wzajemne reakcje znajdujących się tam roztopionego uranu, plutonu, betonu i ołowiu o konsystencji magmy, powinny podlegać kontroli. Do tego z kolei potrzebny jest dostęp dla ludzi i sprzętu.
Polesie, na którym znajduje się elektrownia jest terenem bezpiecznym sejsmicznie i zagrożenie z tej strony jest mało prawdopodobne.




Stan bloku nr 4 po wybuchu


- 15 listopada - ukończono budowę betonowego sarkofagu, kryjącego szczątki reaktora nr 4.
- 22 grudnia 1988 roku - radzieccy naukowcy ujawniają, że sarkofag zaprojektowano z myślą utrzymania się jego konstrukcji tylko od 20 do 30 lat.

W poszukiwaniu najlepszego długofalowego rozwiązania rozpisano w 1993 roku międzynarodowy konkurs. Do końcowej oceny wybrano 6 najbardziej obiecujących projektów spośród 94 nadesłanych. Rok później konkurs został rozstrzygnięty na korzyść francuskiego konsorcjum Alliance, któremu przewodzi Campenon Bernard. Zwycięski projekt zakładał budowę supersarkofagu wokół już istniejącego. W przedsięwzięciu tym uczestniczyć będą firmy francuskie, niemieckie, brytyjskie, rosyjskie i ukraińskie. Na początek skoncentrowano się na założeniach techniczno-ekonomicznych. Natomiast ostateczne zebranie radioaktywnych pozostałości po katastrofie zajmie 30 lat. Jeden z projektów przewiduje uwięzienie odpadów w specjalnym szkle.

Prace montażowe zainaugurowane zostały w czwartek, w 26. rocznicę katastrofy czarnobylskiej, przez prezydenta Ukrainy Wiktor Janukowycza. - Obiekt ten nie ma odpowiedników na świecie - oświadczył, dziękując wspólnocie międzynarodowej za wsparcie finansowe budowy nowego sarkofagu. Założono, że prace nad sarkofagiem zostaną zakończone w 2015 r.

Nowe pokrycie czwartego reaktora, którego koszt wynosi około miliarda euro, wyglądem będzie przypominało ogromny hangar. Powstanie z elementów, które zostaną nasunięte nad stary sarkofag przykrywający rozerwany reaktor z paliwem jądrowym. Nowe zabezpieczenie, które buduje francuski koncern Novarka, będzie gotowe w 2015 roku.




Nowy sarkofag w budowie (czerwiec 2013 r.)



Osłonę sarkofagu nazwano New Safe Confinement (NSC), ma mieć formę łuku o wysokości 105 m, długości 150 m i rozpiętości 257 m. Stalowa konstrukcja nośna łuku, który ma być zabezpieczony przez dwie betonowe ławy ma ważyć w sumie ok. 29 000 ton. Na konstrukcji będą ułożone dwie warstwy metalowych okładzin, które mają powstrzymać przed wydostaniem się do atmosfery jakichkolwiek pozostałości materiałów radioaktywnych ze zniszczonego reaktora. Szkielet sarkofagu został postawiony 200m od reaktora. Zadaniem prawie 3 tys. pracujących na terenie elektrowni robotników z Francji, Włoch i Ukrainy będzie przeniesienie konstrukcji nad uszkodzony reaktor za pomocą specjalnych szyn. Termin ważności radzieckiej konstrukcji kończy się w 2016 r.

Polscy dostawcy stali także są zaangażowani w projekt budowy nowego sarkofagu. ArcelorMittal Construction Poland i Flat Carbon Europe mają dostarczyć 73 000 mkw. profili stalowych do wykonania wewnętrznej części konstrukcji nowego sarkofagu. Huta ArcelorMittal w Krzywym Rogu dostarczyła 12 000 ton prętów zbrojeniowych 40 mm do budowy fundamentów łuku. Blachę powlekaną organicznie, użytą do produkcji blach trapezowych na konstrukcję sarkofagu, wyprodukował zakład ArcelorMittal w Świętochłowicach (Huta Florian).



Komputerowa wizualizacja budowy nowego sarkofagu



 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego